peter7000 homepage TS/S STEFAN BATORY - Polish Ocean Liner
KOCHANA POLONIA
Rozdzial 4
Ten rozdzial chcialbym poswiecic, z glebi serca, naszej wspanialej, niedoscignionej w goscinnosci POLONII KANADYJSKO- AMERYKANSKIEJ. Jak sobie Czytelnik moze zapewne przypomina duzo miejsca wykroilem w poprzednim rozdziale na dosyc szeroki opis przekroju naszych transatlantyckich pasazerow. Ogromna czesc ludzi z naszych, polskich gor ma swoje rodziny, przyjaciol oraz osoby bliskie w dalekiej Ameryce. Jest to wylacznie wynikiem emigracji zarobkowej XIX , a takze XX wieku, kiedy to 'za chlebem' nasi dziadowie odwazali sie w podroz za Ocean.
Wtedy nie byla to latwa decyzja. Podroz przez Atlantyk w klasie III (trzeciej), w wielosobowych salach sypialno-rekreacyjnych, marny, nieco lepszy od marynarskiego wikt, trudy podrozy przez wzburzony Atlantyk, choroby i infekcje, wszy, szczury i pluskwy, tysiace przeszkod, troche zlodziejstwa wszystko to byla 'wielka przygoda' naszych dziadow i pradziadow. Faktem historycznym bylo tez, iz uzyskanie w Polsce zaborowej 'schiffkarty' i zaplacenie za nia bylo rodzinnym dopustem bozym - i takiego Jasia, lub Stasia przewaznie potem dozywotnio - juz nie widziano. Czyli takie pozegnania odbywaly sie na zawsze. Nic wiec dziwnego, ze ludzie uwazali 'emigracyje' za pewna forme umierania i wyizolowania sie z rodu na cala wiecznosc lub innymi slowy - doczesnosc pozostalych w kraju czlonkow rodziny.
Chce zauwazyc, ze w XIX wieku polscy emigranci nie byli w stanie pisac lub czytac, przeto jedyna w tamtym okresie czasu mozliwosc komunikacji za posrednictwem poczty byla nieosiagalna, powiedzielibysmy dzisiaj technicznie, ze wzgledu na chroniczny analfabetyzm tamtych lat. I ja na 'Stefanie Batorym,' w latach siedemdziesiatych XX wieku widzialem panow i panie, ktorzy skladali swoje podpisy osobiste na dokumentach imigracyjnych za pomoca TRZECH KRZYZYKOW ( +++ ) . Autentyk. Takich przypadkow mialem z kilkadziesiat w moim marynarskim zyciu.
(...)
Co mnie zawsze naprawde wzruszalo to polska niebywala i nieznana w innych krajch goscinnosc. Wiem, ze Polacy, jako narod bardzo romantyczny i frenetycznie kochajacy ojczyzne zwlaszcza na wieloletniej emigracji - robili wszystko, by jak tylko mozliwe pobyc na statku, porozmawiac z Polakami z kraju niezaleznie od stopnia sluzbowego czy stanowiska.
Ogromna wiekszosc Polakow po krotkim nawet pobycie zaczyna wrastac w zycie nie amerykanskie lub kanadyjskie, bron Boze zaczyna stawac sie tzw. Polonia Amerykanska. Z moich obserwacji naprawde mala czesc, szczegolnie starszej generacji uczyla sie angielskiego. Dzieci zas, i mlodziez nabywali American English w ciagu paru nawet tygodni. Amerykanski angielski jest stosunkowo nietrudny, jezeli uzywa sie go w dosyc malym zakresie. Wszystkie rodziny polskie, ktore znalem od lat kilkudziesieciu zawsze mowily do siebie w godzinach wieczorowych i nocnych tylko po polsku. Nawet starano sie wylaczac anglojezyczna telewizje, by mowic, czasami modlic sie w jezyku ojczystym. Inna sprawa, ze dzieci, zwlaszcza po odejsciu od stolu gadaly miedzy soba po angielsku, juz zupelnie bezblednie i bez zadnych nalecialosci.
(...)
Nasza kochana Polonia miala zwyczaj prosic o wszystkie mozliwe pamiatki z 'boata' (statku) poczawszy od lyzeczek, talerzy, po wszelkiego rodzaju popieleniczki, reklamowki, lacznie 'rodzinami' tzn. w cywilu czlonkami zalogi. Zamiejscowi mieszkali przewaznie w dosyc drogich hotelach, lub motelach, a na dzien przed wyjsciem w morze, mogli takze skorzystac z kabiny na statku (na jedna nocke tylko) za USD 25,. 'od lebka'. Ile to bylo przyjec kabinowych i pokladowych, gdyz bary i salony byly nieczynne ze wzgledu na postoj.
Polonia kanadyjska, zamieszkujaca Montreal i okolice, lub tez nowojorska, lacznie z New Jersey i Connecticut
(gdy 'Stefek' byl w Nowym Jorku) 'porywala' czlonkow zalogi przewaznie na caly jeden dzien lub dwa.
Kazdy czlonek zalogi mial swoja rodzine. Ja przez lata mojej kariery mialem 'pare przyszywanych' rodzin i zawsze bede je wspominal z rozrzewnieniem szczegolnie kiedy to czlowiek juz zapomnial trzy piekne slowa 'kuchnia domowa-polska'. Goscinnosc Polonii amerykansko-kanadyjskiej nie znala granic. Otwieraly sie podwoje, wszystkie pokoje zostaly udostepnione dla gosci ze statku ('boata'), wszystkie panie gospodynie piekly, smazyly, gotowowaly i doprawialy wszelkie mozliwe potrawy wchodzace w sklad wysoce naukowej ksiazki pt. 'Kuchnia Polska'.
Przyjezdzajac na zaproszenie przewaznie bralo sie 'krople nasercowe ' (alkohol) w charakterze 'prezentu dla gospodarzy', czasami tez polskie lalki, krakowianki, kujawianki, wode kolonska 'Prastara', wycinanki i serwetki, slowem, to co zawieralo zaopatrzenie tzw. sklepiku polskiego na pokladzie 'A'. Dochodzilo do paradoksalnych sytuacji, ze sama zaloga wykupowala caly asortyment polskich artykulow, i urocza sprzedawczyni, starsza, opanowana, zawsze uprzejma za moich czasow p. towarzyszka (byla niegroznym i milym 'czerwonym pajakiem) Marysia, (chyba) miala powazne klopoty sluzbowo-ideologiczne, tlumaczac sie z braku towaru na droge powrotna (Eastbound), gdy wszystkie artykuly 'poszly' za zalogowe zlotowki w podrozy na Westbound.
Opisy przyjec zgotowanych nam, zalodze przekraczaly wszystkie antyczne sprawozdania z uczt 'Bachusowo-Lukullusowych'. Praktycznie mozna bylo zamowic wszystko, co ma zwiazek z Polska. Ba, nawet ojcowie oferowali wlasne jedynaczki, by mogla takowa pannica wyjsc za kogos ze 'Stefana Batorego'. Zaszczyt byl to - dla rodziny polonijnej niemaly. Jak wiem odbylo sie pare slubow zupelnie 'normalnych', w wyniku ktorych pacjent podczas 'urlopu' zostawal z wybranka serca - juz na wieki - po tamtej stronie. Byle tez zwiazki'niejawne', dlugie historie milosne, no i jak w normalnym swiecie nawet rozwody. O produkcji potomstwa 'made in Montreal' juz wspomnialem, wiec nie bede sie powtarzal.
Do DZISIAJ lat trzydziesci ponad od czasu mojej sluzby slysze slowa 'TEN OD BATOREGO', 'kucharz z Batorego', ten byly muzyk ze 'Stefana' i tak w nieskonczonosc. Do dzisiaj slyszy sie na 'polonijnych potancowkach' kierownikiem zespolu jest p. Stasio - 'muzykant' z 'Batorego'. Dopelnieniem mego szoku nerwowego jest, kiedy to czlonek mojej rodziny prawdziwej lub takiej 'przyszywanej' probuje mnie zapoznawac z panem Stasiem i zaczyna sie przepytywanka kiedy, kto, byl szefem kuchni w tych, a tamtych latach. Czasami nawet bardzo podejrzewam, ze 'polonijjno-batorowy band leader' byl raczej pomocnikiem kucharza na 'Batorym' niz przyszlym Paderewskim lub Rubinsteinem, zdobywca amerykanskich lub kandyjskich salonow muzycznych.
(...)
Bedzie oczywiscie w tej ksiazce, nieco dalej, o typowych, wielkich polskich swietach. Bozym Narodzeniu przede wszystkim. Armator 'staral sie' bardzo powaznie o to, by swieta Narodzenia Panskiego odbyc w podrozy. Do najbardziej efektowych salw 'sytemu podrozy eksploatacyjnych' zaliczam wyslanie statku w podroz w dniu 24 grudnia o godzinie 16:00, kiedy, gdziekolwiek na ziemi kazdy czlowiek zrodzony z matki Polki zabiera sie do Wieczerzy Wiglijnej. Na 'skomunizowanym' z lekka polewa niecukrowa, nieczekoladowa lecz rzodkiewkowa; egzekutywa postanowila wybrac najdogodniejszy pod wzgledem eksploatacyjnym - moment wyjscia w morze. Wszystkie 336 osob zalogi, chcac sluzyc dalej u pana PLO, 'ruki pa szwam' (przyp. autora. ciekawy polski rusycyzm wojskowy, rece wzdluz szwow, czyli bacznosc), ale fascynowala mnie wscieklasc sluzb ladowych samego personelu PLO, pracownikow Kapitanatu, Portu Gdynia, dokerow i robotnikow portowych, nawet 'partyjnych' wyzyn Urzedu Celnego i WOP-u. Przeciez kazdy nawet najbardziej zaciekly komunista - mial gdzies na Wybrzezu rodzine, zone, dzieci, matke czy kogos bliskiego. 'Prezent PLO' wyjscia w morze w dzien Wigilijny przezylem ze trzy razy.
Pomijam problem alkoholowy. Wszyscy poczynajc od pierwszego po Bogu a konczac na ostatnim sluzacym byli 'wstawieni', niektorzy na 'porzadnej bani' wmurowani w rytm dyscypliny statkowej, koili swoje pragnienie 'laczenia rodzin' za pomoca srodkow ukojajacych sterne nerwy i rozlake w takim dniu w kabinach zalogowych przy swieczce i buteleczce- samotnie lub w malym gronie. A sam statek jak sie 'sprawowal' pod wzgledem nawigacyjnym? Pamietam stwierdzenie kapitana S.P.:
"W noc, kiedy barany mowia ludzkim glosem ' Stefan Batory' plynal sam" - coz tu dodac. Nic. Dobrze, ze nie bylo rybakow dunskich. Ci tez lubia napoje wyskokowe.
Chcialbym jeszcze wspomniec w tym rozdziale, ze Polonia nie zawsze mogac byc w okresie okoloswiatecznym na statku organizowanla Gwiazdke swoim 'rodzinom batorowskim' z wyprzedzeniem dwu i trzymiesiecznym. Przypominam sobie dobrze zorganizowanych ludzi z USA, ktorzy w potwornym upale montrealskim (okolo 35 stopni C ), gdzies pod koniec wrzesnia, urzadzali 'choinke' swoim podopiecznym, a ja zas przechodzac kolo kabiny pacjenta slyszalem na wlasne uszy wyraznie polskie... 'Bog sie rodzi'.
Wydaje mi sie, ze 'Stefan Batory' dlatego takie dlugie lata cieszyl sie ogromnym powodzeniem eksploatacyjnym, ze ludzie z naszej Polonii naprawde widzieli w nim 'czastke Polski'. Ciekawym przyczynkiem bylo to moze to Czytelnika bardzo zainteresuje ze moge zeznac pod przysiega, iz wszyscy psioczyli na ustroj, na system komunistyczny, najwiecej ponoc aktywni czlonkowie PZPR. Pobyty na 'zdradliwej ideologicznie' ziemii amerykanskiej byly nie konczacymi sie salwami krytyki i nie konczacego sie ataku na system 'brzydkiego kapitalizmu'. Dlatego tez, bedac w 'gosciach' u moich milych znajomych nasluchalem sie tego krytykanctwa powyzej uszu by w pare dni pozniej slyszyc 'wydukiwane' z kartki plomienne przemowienie, by zylo nam sie lepiej w dostatniej w Polsce tow. Edwarda Gierka. Kilkakrotnie tez podkreslano, ze w Polsce nie ma biedy ani nedzy, ze w Ameryce jest wszystko 'blichtrem' i frazesami oczy mydlacymi. Alez mieli tupet ci towarzysze ze statku, ktorzy sami najbardziej korzystali z uslug goscinnej Polonii.
(...)
Sami zas pasazerowie odbywajacy z nami rejsy oceaniczne byli specyficzna klasa dla siebie. W drodze na wschod, do kraju przewaznie, jezeli starsi wiekiem, wyjezdzali z checia zostania w starym kraju do smierci. Niestety, bardzo wielu kompletnie 'zalamanych finansowo i psychicznie' wracalo juz po trzech miesiacach na kontynent amerykanski. Bylo pare przyczyn takiego stanu rzeczy. Ameryka Polanocna jest dla Polonii, szczegolnie tych starszych pokolen krajem posrednikow. Nieznajacy zbyt dobrze stosunkow, i nie najlepiej angielski, starszy czlowiek zalatwia wszystkie sprawy za pomoca 'lawyera'(prawnika) lub 'agent'(posrednika). Ci zas w ogromnej mierze wykorzystywali biednych pacjentow, np. 'budujac' wille w Poroninie, pokazujac zdjecie 'postepow budowy', gdy zas dla przykladu p. Chester Zielinski (lat 80) wracal do kraju, zmeczony i schorowany emigracja, to nie znalazl ani willi luksusowo wyposazonej, nie znalazl tez w Ameryce firmy pn. The Bolek Repatriation and Housing Co. Ltd.
Firma zamknela swe podwoje i wyparowala niczym przyslowiowa kamfora. Wspominam p. Chestera, gdyz pozostala mi ta sprawa w pamieci. 'Polonus' wracajacy mimo 80-tki na karku byl przeciez typowym czlowiekem kontynentu amerykanskiego. Mial wiec ze soba bagaz doswiadczen, zas w ladowni statkowej, niepotrzebnego zupelnie w Polsce, potwornego, wiekiego, zawalidroge, 'fuel guzzlera'- polykacza paliwa typu Chrysler. Po wyladowaniu na ziemii ojczystej wyjechal ow nowy repatriant na Dworcu Morskim w Gdyni, gdzie juz go celnicy 'obskubali' z dzielnie zadeklarowanych dolarow. Nastepnie p. Chester w jego nadobna malzonka (lat 79) dobrze zakonserwowoana kosmetykami 'made in USA', wygladala na czerstwa 40-tke myslac, ze w PRLu tak dzialaja telefony jako i w Ameryce, i ze wszystko mozna zalatwic na 'gebe' nie byli w stanie skontaktowac sie z wladzami, tak ze po paru miesiacach przestala naplywac 'ciezko zaharowana, emigracyjna emerytura'.
W miedzyczasie 'rodzinka' poprosila p. Chestera o drobne datki, na szkole, na grob, na pochowek, na urodziny prawnusia itd.itp.., ze p. Chester za dwa tygodnie zostal wraz malzonka 'goly' jak przyslowiowy, swiety turecki. Jedynie co mu sie udal, to sprzedac za bezcen 'care' (Wielkiego Chryslera chyba jakiemus biskupowi, ktory lubil 'duze' auta) i wyzebrac 'Schiffkarty' dla siebie i zony na powrot. Smutny byl to powrot nie tylko dla p. Chestera, ale i wielu innych. Po prostu, wtedy Polska, Edzia Gierka nie byla w stanie 'oblsluzyc' wracajacego rodaka z Ameryki. Teraz to podobno juz nawet p. Nowak Jezioranski powrocil do ojczyzny. Ale ten ma troche wiecej ukladow niz biedni moi ex-pasazerowie na statku 'Stefan Batory'.
Wracajac do p. Chestera Zielinsky, 80 latka. Zaplakany i juz 'bez rodziny' przyjechal pociagiem osobowo-przyspieszonym do Gdyni, gdzie ocierajac oczy wszedl na poklad statku i zaczal calowac na kolanach jego poklad, jako przedsmak powrotu na ziemie amarykanska. Bez 'Chryslera', bez willi w Poroninie i kochanej 'dolarochlonnej' rodziny. W latach 70-tych ubieglego stulecia uwazano w pewnych srodowiskach polonijnych jakze naiwnie, ze 'zelzal' komunizm do tego stopnia, iz powrot do kraju stawal sie patriotycznym obowiazkiem.
Akt ostatni przygod p. Chestera:
"Panie oficerze, co ja bede teraz robil w USA. Pewnie chwyce jakis 'job' (z 80-tka 'na karku'), i bede pracowal na 'insiure' (ubezpieczenie emerytalne). Pojde do mojej fabryki, gdzie bylem 'foremanem' (brygadzista) za 'janitora'(odzwiernego portiera)" - mowil ten schorowany i tak ciezko doswiadczony polonijnym doswiadczeniem staruszek.
Los jednak zechcial inaczej. Pan Chester w miesiac po ponownym przybyciu do USA zmarl. I nie zostal nawet portierem. Smutne to przypadki. Wymaga to jednak prawda historyczna, by pisac o rzeczach milych i tych troche mniej przyjemnych. Losy Polakow na 'tzw. emigracji nie zawsze sa uslane rozami. Moge cos na ten temat powiedziec. Trzeba mimo umiarkowanego picia alkoholu miec zawsze trzezwa glowe i duzo odpornosci psychicznej.
Wiem, ze w roznych krajach inaczej wygladaja stosunki polonijne i miedzypolskie tzw. polsko-polskie. W moim sercu zawsze na pierwszym miejscu bedzie Polonia kanadyjsko-amerykanska. Jeden z moich madrych polskich przyjaciol powiedzial mi kiedys- to, co potraktuje jako motto tego rozdzialu - POLONIA SEMPER FIDELIS (Polonia zawsze wierna). KOCHANA POLONIA.
OPLATEK - CZYLI JESTEM PRAWIE KOMUNISTA (Wigilia 1971)
Rozdzial 5
Jest to prawdziwa Opowiesc Wigilijna, tyle, ze nie majaca nic z dickensowskiego moralu. W rozdziale pt. 'Kochana Polonia' wspominalem, ze ulubiona 'zagrywka' operacyjna 'pana PLO' bylo wysylanie w zamorska podroz do Nowego Jorku lub na wycieczki Szlakiem Poludnia 'Stefana' w dzien Wigilijny o godzinie 16.00.
(...)
Na 'Stefanie Batorym' bylo mi danym odbyc trzy wieczory Wigilijne. W roku 1971 byl to ow znamienny dzien, gdyz po raz pierwszy odbywalem podroz na nie tak bardzo wspanialym, jak sie potem 'w praniu' okazalo, wysnionym stanowisku oficera rozrywkowego. Eryk Kulm moj wielki szaman, doktor 'honoris causa' od choroby morskiej, poslugujacy sie znanym firmowym lekiem francuskim pod nazwa 'Bisquit' ten, ktory wyleczyl mnie z 'nelsonskiej' przypadlosci - sam zapadl na 'zapalenie gardla' (jak to interpretowac???) i w wyniku tego zmustrowal na swieta ze statku, powierzajac mojej skromnej - na owe czasy - osobie 'kram rozrywek'.
W zwiazku z tym, mialem tego dnia szereg roznych zdarzen. Po pierwsze byl to Dzien Wigilijny, ja zas musialem przejac 'poerykowa schede' papierkowo-kancelaryjno-buchalteryjna. Co zawsze u Eryka podziwialem buchalterem, lub jak kto woli ksiegowym nigdy on nie byl majac w szczegolnosci na uwadze jego staly poziom alkoholu we krwi. Wedlug jego autentycznego powiedzonka 'batorowskiego':
"Moj staaarenki, dzis mam wyjatkowo malo KRWI W AKOHOLU" - sam o swoim stanie, z idealno-aktorska powaga, bez cienia pijackiego widu, na spokojnie i z usmiechem na twarzy. O moj wzorze 'niedoscigniony'.
A moze nawet doscigniony?
Moj prawdziwy, wielki przyjaciel plywajacy juz od lipca 1971 na stanowisku intendenta, opisywany juz p. Henryk Szenk, zyczac mi powodzenia na 'niwie rozrywkowego' wmawial mi, zeby nie zapomniec biura intendenta, gdyz 'rozrywkiewiec', to jest taki (l)uj, ktory nic madrego nie robi, a tylko naraza z bezprzykladna, karygodna bezczelnoscia kase statku na wydatki dewizowo-alkoholowe. Po podsumowaniu 'erykowych' Bisquit'ow na jeden rejs musialem przychylic sie do zdania Henia Szenka. Tu jednak musze oficjalnie dodac, ze Eryk nigdy nie byl pijany, byl zawsze lekko 'zabzdryngolony', ale nigdy nie byl 'denat' (w przeciwienstwie do wielu innych, strategicznych oficerow dowodztwa statku). Eryk tez nawet w stanie stalej niewazkosci nigdy nie podrywal brutalnie pasazerek (ani tez bron Boze, zalogantek), zawsze z milym usmiechem uwodzil, ale nigdy nie mogl posunac sie do grzechu zdrady malzenskiej, czyli zlamania 6-tego Przykazania Boskiego 'nie cudzoloz' teraz podejrzewam, iz po prostu jezeli nawet by mogl to nie mial sil na nic, poza walnieciem sie 'martwym bykiem' - na koje. Coprawda zdawal mi juz Eryk od dwoch miesiecy ' swietlana funkcje rozrywkowca', nie wiedzialem jednak coz to straszliwa mordega. Praca od 10-rano - do 3 nad ranem, lub dluzej, poki pasazerowie maja ochote sie bawic. W co??? Z kim i po co???
Tak wiec, moj dzien roboczy na statku przebiegal zupelnie inaczej niz w dotychczasowych podrozach. Trzeba bylo sie wziac w karby. Niestety, nie przewidzialem, ze oficer rozrywkowy ma bardzo malo roboty 'merytorycznej', nie interesuje sie sprawami statku ani jego obslugi lecz zawsze w dniu wyjscia z Gdyni pelni funkcje podczaszego. Mala, 4 metry kwadratowe, kabina rozrywkowego, juz tez poprzednio opisywana w jednym z poprzednich rozdzialow, zmienila sie w 'meline pijacka'. Oprocz odziedzczonych po Eryku 'Bisquitach' moja kabina strategiczna byla zawalona roznymi, przeroznymi i najprzerozniejszymi wodkami, piwem i likierami. Istny monopol spirytusowy. Intensywny zapach alkoholu zniewalal mnie i dzialal na moj system nerwowy. Niestety. Wchodzic musialem z regularnoscia wahadla na lotnisku w Nowym Jorku tzw. Time Machine Pendellum, gdyz mialem co sekunde 'gosci'. :
"No, panie oficerze rozrywkowy" - rzecze p. Alfons K., szef Urzedu Celnego, ktory od lat byl uprzejmy odprawiac moja skromna 'malobusinessowa' osobe, "...trzeba by uczcic twoj awans no, i napilbym sie cos skromnego, polskiego Andrzej".
Czytelnik zrozumie moje skrupuly, gdyby sie dowiedzial, ze odmowa bylaby rowna samobojstwu. Po powrocie do kraju 'Czarna Brygada' Urzedu Celnego, by Cie Czytelniku obskubala z wlasnej skory oraz narzadow wewnetrznych pod nia sie znajdujacych. Natychmiast wjechala butelczyna 'Wyborowej' na stolik w mojej mini kabinie i juz po godzinie bylem dobrze 'naprany'. Po Urzedzie Celnym, przychodzi pulkownik WOP-u. No i ten towarzysz, juz lekko 'na cyku' wykazal duzo zrozumienia dla mego 'nowego wielce odpowiedzialnego dla obronnosci kraju i Ukladu Warszawskiego ( z ktorej strony) stanowiska i jeszcze wiecej pragnienia. Temu chcialo sie 'Whisky' a ja z przyjemnoscia wykonywalem obowiazki czarujacego, nowego gospodarza kabiny 'rozrywkowej'. Po wyjsciu mego 'wojskowego' Aniola Stroza poczulem sie zle. Padlem na koje. Nie konalem dlugo. Po chwili lomot ciezkiego ciala ludzkiego (dobre 140 kg) na drzwi mojego 'azylu' rozrywkowego: Slysze glos intendenta Henia Szenka:
"Dziobuchna, ku(l)wa mac, chodz do mojej kabiny cos wypic, bo nie moge sie pozybc tych (l)ujow z PLO; WOP-u i Komitetu Miejskiego PZPR. Siedza u mnie w kabinie. Pomoz mi (k)mac.!!!" - tyle slyszalem krzyku rozpaczy Henia. Jak tu nie wspomoc blizniego szczegolniej zas w Dzien Wigilijny.
Plusem tego etapu pijanstwa Wigilijnego bylo opuszczenie wlasnej kabiny i zamkniecie jej na klucz. Odnioslem zasluzony sukces na drodze 'odtruwania alkoholowego' na razie kabiny. A kiedy siebie?
Z zazdroscia spogladalem na urocze kolezanki (biurwy) z Office'u intendenta. Cichutko i sprawnie juz 'leciutko', prawie ze niezauwazalnie, na bani spokojnie pracowaly nie majac utrapionych VIPow, 'alko-visitorow' na glowie. Wtedy to po raz pierwszy po szesciu miesiacach pracy na statku - pozazdroscilem dziewczynom z biura intendenta i zadawalem sobie w duchu pytanie, czy oficer rozrywkowy pozostanie do konca mego zycia 'batorowskiego' jednoznacznym synonimem glebokiego pijanstwa?
Majac 23 lata chcialoby sie przeciez osiagnac w zyciu zawodowym na statku pasazerskim cos wiejcej niz stan 'wiecznego', permanentnego podtrucia, przytrucia, zatrucia alkoholowego? Niestety, tak jak mnie pouczyl Henio Szenk , oraz wszyscy inni co bardziej odpowiedzialni - szans na stan 'prawie' trzezwosci - nie bylo zadnych. Henio Szenk zdecydowanie starszy wiekiem od Alka 'Janczara' jeszcze podczas konca odprawy zamknal sie w kabinie, by wypoczac. Ja mialem jako oficer rozrywkowy zadanie jasno postawione: bawic pasazerow i prominencje VIP-owska. W zwiazku, iz byl sezon zimowy, pora sztormow, na pokladzie mielismy w tych zimowych podrozach na Atlantyku okolo 320 pasazerow 95 procent Polakow, pozostala reszta to 'nieutrudzeni milosnicy morza z niezlym kontem dewizowym' - kiwalo caly czas jako sto diablow, stale miotal nami sztorm (10 do 12st. w skali Beauforta) i w skupieniu liczylo sie polamane konczyny gorne oraz dolne u osobnikow plci obojga ; stan gipsu w szpitaliku statkowym byl na wyczerpaniu. Takie to byly slynne, zimowe przejscia statku do Nowego Jorku.
Pare lat pozniej armator zawiesil ten 'bujajacy' Nowy Jork i wprowadzil statek na rejsy wycieczkowe. Wracajac mysla do jednego z poprzednich rozdzialow - zastanawiam sie czy byla jakakolwiek roznica w skladzie pasazerow w porownaniu do moich poprzednich opisow. Raczej nie. Sama mlodosc i pieknosc 'polskich gor', okolice Nowego Targu (po amerykansku New Targu), duzo ludzi mlodych, jadacych na 'wizyte' do rodzin w USA. Bylo tez pare pieknych i ciekawych, dystyngowanych 'prominentek' pan o wysokim poziomie kultury i wyksztalcenia tak jak oceniam, wtedy gdzies miedzy 40-tym a 50-tym rokiem zycia. Mobilizuje orkiestre statkowa-katowicka. Graja 'marsz Batorego', potem nastepuja hymny. Mazurek Dabrowskiego brzmi mi w uszach jak ukojajaca i przesiaknieta zalem utraty ojczyzny, przez Mistrza Fryderyka koleda 'Lulaj-ze Jezuniu'. Chcialoby sie zadawac pytanie dlaczego - wychodzimy TERAZ, a nie o PIETNASCIE godzin pozniej, kiedy wszyscy prawie czlonkowie naszej zalogi: 'czerwone pajaki', mniejsi lub wieksi partyjniacy, i czesc kolegow oraz przyjaciol bezpartyjnych, drobnych 'lizuskow' oraz wielkich postaci mego zycia mogliby w spokoju ducha, otoczeni rodzinami wedlug tradycji katolickiej (polskiej, trwajacej 1000 lat) obchodzic to swieto pokoju i milosci rodzinnej? Dlaczego? Na to pytanie nie znalazlem nigdy odpowiedzi, a jej pierwsze 'matactwa komunistyczne' mialem ku memu zdumieniu przezywac juz dwie godziny po wyjsciu statku w morze. Intendent Szenk zyczyl nam wszystkim spokojnego dnia i, co bylo w moim zyciu rzecza niebywala on komunista i drugi po Bogu zaprosil swoje biuro i mnie 'rozrywkowego' na pare minut by przelamac sie oplatkiem. Oto jego piekne slowa:
"Dziobuchna, (ku(l)wa mac nie wypowiedzial - widocznie powstrzymal ostatkiem sily woli) a wiec zycze Wam zdrowia i szczescia w zyciu. Wesolych Swiat Bozego Na(l)odzenia i zeby ku(l)wa cala droge do Nowego Jorku i z powrotem nie kiwalo; tego zycze Wam i sobie-. Koniec Heniowego cytatu w dniu 24 grudnia 1971 o godzinie 16:15.
Nie obronil sie Henio, weteran Drugiej Wojny na morzu przed trapiacym go k. mac, zachowal sie jednak wyjatkowo przyzwoicie i bardzo po polsku. Nie wiedzialem jak sie mam zachowac ja na nowym stanowisku. Przeciez o 18.00 serwowano kolacje przy Stole Kapitanskim dla dowodztwa statku, gdzie jedzenie bylo jeszcze bardziej wykintne niz dla krola Arabii Saudyjskiej w podrozy dookola swiata. Ja jednak wykorzystalem godzine czasu na krotki odpoczynek we wlasnej, po- 'ERYKOWEJ' koi po zapowiedzeniu po polsku i angielsku planu podrozy, oraz powitaniu w imieniu kapitana oraz zalogi wszystkich pasazerow, bez wyjatku; na 'blindow' w tej 'kiwajacej' podrozy nie liczylismy zanadto. W zwiazku z faktem, ze rozglosnia statkowa byla technicznie reliktem Muzeum Techniki Morskiej i Instytutem Chorob Tropikalnych w Amsterdamie zawartych w jednym mikrofonie operacja udala mi sie bez zbytnich szumow i (niestety, obawialem mojego, wlasnego) belkotu; spowodowanych moim 'dosyc powaznym' stanem.
(...)
O godzinie 18.00 zbiorka dowodztwa ( moze czasami byloby lepiej pisac mi po polsku 'dowodctwa', od polskiego, pieknego, starego, slynnego slowa wodka ) przed biurem starszego ochmistrza. Znowu 'marsz lyzkowy' i ja po raz pierwszy podtrzymywany na duchu i pod ramie przez zwalistego Henia, krocze wraz z Kapitanem Herkiem Majkiem i jego wyokooficerska jedyna w swoim rodzaju w historii swiata zeglugi pasazerskiej - swita do Stolu Kapitanskiego.
Stol Kapitanski w swoim zamysle mial swoja wytwornoscia i iloscia potraw I klasy mimo, iz ustawiony byl w Klasie Turystycznej - bardzo komunistycznie i demokratycznie mial zacmic oczy wszystkich ludzi dokolo niego tzn. jedzacych - w miare lapczywie pasazerow klasy 'Eco' i relacjami jego wspolbiesiadnikow tylko podczas uroczystosci Balow Kapitanskich (Kolacji Kapitanskiej) olsnic 'kapitalistyczny, zgnily Zachod'. Tak sie niestety, nie stalo. Juz przedtem poinformowany dokladnie i naukowo przez Henia Szenka moglem nawet w stanie 'niepelnej' trzezwosci wiesc dyskurs z Kapitanem i Dowodztwem, wiedzac z zamknietymi oczyma ktora lyzeczka, widelczyk do czego maja sluzyc, i jak go umiejetnie chwycic w odpowiednim okresie posilku. Istotnie 'celebra' posilku przy Stole Kapitanskim, szczegolnie w okresie panowania milosciwego Hieronima Majka trwala ponad 90 minut. Wyobrazcie sobie Panstwo te nude i patrzenie w twarze 'CZERWONYM PAJAKOM'.
Tematow nie bylo zbyt wiele, gdyz po pierwsze: o sprawach 'operacyjnych' takich jak kiwanie, lub opoznienia w podrozy mowic nie bylo wolno, po drugie: o pogodzie sie nic nie wspominalo, bo wystarczylo wychylic sie przez bulaj, zeby 'glowe wraz ze stopami' urwalo, po trzecie: nikt nie chcial sie narazac na tematy 'tabu' tzn. poznane kobiety i ilosc wypitego alkoholu, po czwarte: zbyt luzny jezyk moglby wyladowac sie jako przedmiot 'troski dowodztwa i PRL-u' na Forum Egzekutywy Okretowej Organizacji Partyjnej, obowiazkowej dla wszystkich czlonkow zalogi, kochanej, - PZPR. Jasio Rackman, starszy mechanik, jakbysmy go dzis mogli nowomodnie nazwac 'pedofil' lubil dziewczatka, kwiatuszki ledwo co, lub jeszcze nie (czasami nawet, nie do)rozwiniete, a wyglad mial podobny do mojego 'kolegi na Borneo' goryla o nazwie Orang Belanda, ktorego zapoznalem w samym srodku niedostepnej dla smiertelnika dzungli Kalimatan, podczas jednego z moich licznych pobytow na Dalekim Wschodzie. NIEBEZPIECZNA NUDA. Oto jakbym dzis skwitowal posiedzenia jedzeniowe.
Tego dnia byla jednak Wiglilia i moj pierwszy posilek przy 'Okraglym Stole'. Kapitan wita wyzszych oficerow ( ja akurat w tym momencie takowym bylem ale nic nie uroslem) dostojnym; Wesolych Swiat. Nic wiecej i zaczyna sie grzebanie w kartach menu, szukanie okularow przez poniektorych starszych kolegow, 'konsultacje zywnosciowe' ze straszym stewardem i poltuzinem mlodszych pikolakow obskakujacych nasza siodemke (kapitan, starszy oficer, starszy mechanik, intendent, starszy ochmistrz, lekarz i moja skromnosc 'rozrywkowa'). Orkiestra statkowa przygrywa 'happy birthday' komu trzeba, p. Stasia Kminikowska wydala polecenie zielonemu -opisywanemu juz tow. boy'owi puszczenie przez rozglosnie statkowa polskich koled w wykonaniu Choru Stuligrosza 'Poznanskich Slowikow'. Jest godzina 18:15. Kapitan w swej dostajnosci zaczyna sie 'szamotac' ze specyfikami karty jadlospisu, gdy nagle w pierwszych slowach 'Bog sie rodzi'. przychodza naprzod niesmialo, pojedynczo, paniusie, goralki w chuscinach - i wygrzebawszy gdzies w podolkach oplatek z parafii od 'dobrodzieja' z Nowego Targu czy Bialki Tatrzanskiej -zaczynaja dzielic sie z kapitanem, potem z oficerami. Kapitan Hieronim Majek, nawigator wielki - bez jk ( ta literacka ksywka zostala mu nadana przez cala zaloge, nawet nawigacyjna - po przyslowiowych, stalych opoznieniach statku do portow docelowych ) wstaje godnym, powolnym ruchem i lamie sie oplatkiem z babina, pierwsza druga, i tak prawie ze w nieskonczonosc, bo potem i zaczely przychodzic 'chlopy' no i, oczywiscie, niejeden z napoczeta flaszeczka w dloni.
Zrobil sie prawie ze religijno-obyczajowy ZAMACH STANU NA 'STEFANIE BATORYM'. Zbaranialy, z lekka czerwony na twarzy kapitan odwzajemnia zyczenie wszystkich pokolen normalych Polakow od dzisieciu wiekow, pozostali zas.. Tak, starszy ochmistrz Jurek Grzeskowiak (ten, to byl duren nad durnie wtedy piastowal funkcje starszego 'durnego' ochmistrza) idac za przykladem kapitana belkotal cos pod nosem bez zwiazku. Lekarz okretowy, niedosyc, ze biedak byl 'czerwonym pajakiem' to na dodatek jeszcze byl 'strozakonnym' i dla niego oplatek wigilijny byl tym, co skonsumowanie na przydlad np. staropolskiej 'czarnej polewki ' (zupy z krwi kaczej) w dzien szabasowy. Ten biedaczek stanal przed dylematem sumienia, religii oraz prawa zydowskiego. Ale niech go!! Shalom Christmas wiele lat pozniej to slyszalem i bylem bardzo szczesliwy. Henio Szenk mimo swojej 140 kilowej 'zwalistej postury' wtopil sie w tlumy pasazerow i zaczal ich obcalowywac jak to, w ten Swiety Wieczor, w polskich domach calego swiata chrzescijanskiego bywalo i bywa. Mnie namawial, zebym poszedl jego sladem, aczkolwiek bylo mi trudno, gdyz z miejsca utopilem sie w obfitych, szeczerych biustach i szerokich, spracowanych ramionych 'babek' polskich gor.
Gdy z lekka przycichla muzyka koledy, wstal z miejsca naburmuszony tow. starszy mechanik mam nieplonna nadzieje, ze przebywa ten ososbnik w dolnych strefach piekla krajow komunistycznych - i rzecze nastepujace slowa: "Jestem starym towarzyszem, prosze towarzyszek i towarzyszy dlatego tez nie uznaje zwyczajow kultu religijnego i nie zamierzam poddawac sie tym 'nienowoczesnym' tradycjom" Tu wyciagnal portfel, wytluszczony lapami zdegenerowanego skapca (jeden z najbardziej skapych milonerow PRL-u jakich widzialem) i zaczal upychac poswiecony setkami modlitw naszego ludu - oplatek do srodka.
W narodzie goralskim zawirowalo. Jak to ? Ten z czterema paskami, ten najgrubszy nie przyjal oplatka ? Dlaczego. Przeciez to jest nasz obyczaj. Kapitan moim zdaniem dobrze zrobil, ze przylaczyl sie do staropolskiej tradycji. Lekarz, 'strarozakonny' pomimo obiekcji, a nawet wyciagnieciu portfela chcial pojsc biedak w slady starszego mechanika trzymajac w jednym reku portfel, a w drugim oplatek poddal sie 'rwacemu, gorskiemu potokowi' polskiej tradycji swiatecznej. Czulem wtedy po raz pierwszy na statku ludzkie glebokie oburzenie. Co poniektorzy napewno juz dobrze podpici - 'gorale' chcieli nawet dokonac publicznego linczu na tow. Rackmanie lecz czujny ochmistrz restauracyjny Michal Putek-Hrynkiewcz zaprowadzil z miejsca spokoj w szeregi buntowniczych 'harnasiow'.
Cos w glebi serca powiedzialo mi ' a moze to 'Niesmiala Solidarnosc', poczatku lat siedemdziesiatych wydobywajaca sie z ludzkiego pragnienia wolnosci na skutek nietolerancji religijnej?
Przeciez byl to dopiero rok 1971 rowne dwanascie miesiecy po krwawych wydarzeniach Grudnia na Wybrzezu 1970, a osiem lat przez wyborem Kardynala Wojtyly na Stolice Piotrowa i dziesiec lat przed Lechowa 'Solidarnoscia'- komunizm depczaca. Ten oplatek utkwil mi w pamieci na zawsze. Wywolal on u mnie pewien tok myslenia, ktory zawsze momo woli pojawia sie w mej pamieci czasow 'Stefana Batorego', gdy pierwsza Gwiazda zablysnie na grudniowym horyzoncie Wesola Nowina Narodzenia Panskiego. (...)
Wspomnienia ze sluzby na TS/S Stefan Batory, 1971-1977
ANDREW BENIGER
Dla zdecydowanej wiekszosci sposrod tysiecy pasazerow, ktorzy goscili na pokladzie
STEFANA BATOREGO zapisal sie on w ich pamieci w tonacjach nostalgiczno-sentymentalnych. Polski transatlantyk, popularnie zwany STEFKIEM byl zarowno dla nich jak i dla ogolu spoleczenstwa symbolem elegancji, wielkiego swiata i dobrobytu
w czasach ciermieznej, socjalistycznej Polski.
Niewielu mialo okazje poznac zycie zalogi STEFANA BATOREGO. Podobnie jak w calej
PRL-owskiej Polsce lat '70, takze (a moze przede wszystkim) na pokladzie polskiego liniowca, ktory byl specyficznym lacznikiem socjalistycznej ojczyzny z imperialnym Zachodem, bylo wsrod zalogi wielu ludzi z partyjnymi powiazaniami; wybrancow wladz, agentow Sluzby Bezpieczenstwa i innych "czerwonych pajakow".
Andrew Beniger pelniac funkcje zastepcy intendenta, a potem oficera rozrywkowego mial okazje obcowania z "czerwonymi pajakami" na pokladzie STEFANA BATOREGO przez 6 lat swojej sluzby, zakonczonej w 1977r "ideologicznym wydaleniem" z szeregow zalogi. W swoich wspomnieniach spisanych w latach 2000-02 dosadnie opisuje on mechanizmy wladzy "czerwonych pajakow" i rodzace sie struktury opozycji politycznej na pokladzie statku.
Opisy te niejednokrotnie szokuja, ale umiejscowione w polskich realiach epoki gierkowskiej,
wydaja sie byc brutalnie prawdziwe.
Andrew Beniger mieszkajacy od lat w Austrii, podkresla, ze jego wspomnienia nie maja na celu odwetu czy zemsty na kimkolwiek, a jedyna intencja jest opisanie zycia na pokladzie ukochanego STEFKA takim jakim bylo naprawde.
Powiesc "Znaczy Czerwony Pajak", ukazala sie nakladem wydawnictwa
"My Book" w listopadzie 2007.
Ksiazka jest do nabycia w wirtualnej ksiegarni - link ponizej.
Pamietam w ow piekny majowy wieczor na Oceanie Atlantyckim mielismy na wokandzie szereg powaznych tematow w mojej kabinie, znanej juz kabinie pilotow i calymi godzinami saczac wodke 'Wybrowa' ( z cala zawartoscia pieprzniczki czarnego pieprzu swiezo mielonego - w srodku dla mocy, oraz z paroma 'szusami' likieru niebieskiego 'Curacao' dla koloru - pomysl moj i Hrabiego oraz Goldy Meir (autorstwo wspolne- gratyfikacje przyjmuje do dzisiaj) - rozmawialismy o wazkich tematach komunikacji lotniczej i morskiej wycieczkowej.
Wsrod 'zaproszonych' gosci byl oczywiscie III oficer nawigacyjny, Andrzej Sz. Nastepnego dnia kwialo potwornie. Nasz trzeci (oficer) stal na swojej wachcie nawigacyjnej od dwunastej do szesnastej. Nie przypominam sobie bysmy wypili 'kropelke' za duzo. Akurat wypilismy tak w miare. Z pelna rewerencja pozegnalismy panie, ktore raczyly odwiedzic 'kabine DC-10', Nele i Nine, poszedlem jeszcze na spacer z kolegami, by dokonczyc dyskusje, nawet przy pozegnaniu zlozylem jeszcze Andrzejowi zyczenia urodzinowe i pozegnalismy sie... do jutra.
Jutro znaczylo dla nas, spotkanie nastepnego dnia w messie oficerskiej na sniadaniu.
Noc minela bez zadnych godnych wspomnienia nastepstw. Wszyscy czulismy sie razno, i czekalismy kiedy to nasz statek 'Stefek' zobaczy oczyma nawigatorow, a miedzy innymi Andrzeja Sz., III oficera brzegi wyczekwianej Kanady. Na morzu, gdy wychylalismy sie przez reling oprocz mgly jak piorun widzielismy, od czasu do czasu gory lodowe. Wcale to nieprawda, ze wielkie byly owe gory jak Mont Blanc. Absolutna, wierutna bzdura. Najgorsze byly te malenkie 'crawlersy', ktore wystawaly zaledwie jedna dziesiata, jedna dziewiata swej wysokosci ponad poziom wody. We mgle, nawet za dnia taka wyparzec, to trzebaby bylo urodzic sie Indianinem ze szczepu Siuksow i miec pseudonim 'Sokole Oko'.
Takich wsrod nas nie bylo. Byli fajni nawigatorzy, ktorzy gory lodowe, 'crawlersy', kry, i ice-fields (pola lodowe) wyczuwali za pomoca (sorry, za wyrazenie) ... tradycyjnie muzealanych metod jak.: nos kapitana, ktory prawie caly czas spal i zyl w kabinie nawigacyjnej, marynarze na 'oku' w wersji podwojnej lub potrojnej, aparaty do zmiany temperatur otoczenia, (gwaltowniejszych), sondy mierniczej, oraz radaru RAWAR-u, cudu owczesnej techniki, choc i on we mgle nie dawal '100 procetowego' echa, ze wskazaniem nawigacyjnym uwaga durnie skrecajcie, bo widze gore lodowa. Wcale nie. Widzielismy, i nawet ja mam gdzies w swoich szpargalach zdjecia gor lodowych tych nieco wiekszych i nawet gdy kolo nich przeplywalismy, czulo sie jakiekolwiek zimno splywajace po plecach. Strachu przed nimi nikt nie odczuwal z moich kolegow i przyjaciol naprawde nikt.
Przynajmniej nikt tego nie manifestowal poza ukochana pania Nela Drygalska, ktora permanentnie zamartwiala sie o trojke dzieci na ladzie, w kraju. Dla nas ow dzien byl jednym z setek innych.
Okolo godziny dwunastej, kapitan poszedl na krotki wypoczynek, zszedl z mostku do kabiny sie nieco odswiezyc, morze sie uspokoilo, i nawet ta paskudna wersja mgly 'Nowofunlandzkiej' zaczynala ustepowac przed promieniami majowego slonca. Czulo sie jakby w szostym zmysle, ze to powoli koniec trawersaty oceanu. Dla nas intendentow zblizal sie port Montreal, szalona 'harowka' wiec staralismy sie wypoczac. Gdy znajdowalismy sie messie oficerskiej, pani Helenka, przemila stewardessa messy oficerskiej roznosila wlasnie wazy z zupa. Gdy na zewnatrz w maju temperatura wynosi okolo 4, 5 stopni Celsjusza nikt nie bedzie sie rzecz jasna bronil przed talerzem goracej, zawiesistej zupy.
Okolo godziny 12:14 czasu loklanego (wyliczonego 'aktualnie' w stosunku do zliczonej pozycji geograficznej przez nawigatorow o godz. 12:00 w poludnie byl nawet promyk slonca) stala sie rzecz niespodziewana, nieslychana. 'Stefek' polozyl sie nagle na lewa burte. Nieznany byl mi rozkaz, ktory musial wrzasnac nawigator, nasz III oficer, Andrzej Sz. do sternika na mostku kapitanskim. Siedzielismy wszyscy przy zupie w messie oficerskiej. Rozkaz ten, a wlasciwie jego brzmienie uslyszalem dopiero znacznie pozniej juz w uspokojonej atmosferze przy kieliszku 'Wyborowej' . Musial on jednak brzmiec: 60 stopni lewo na burt....... 'Stefan' usluchal twardej reki sternika i glosu III oficera, ktory tym rozkazem uratowal nam wszystkim zycie. Niestety, tym rozkazem nie uratowal nam zupy, pasazerom zaplamil ubrania, dowodztwu statku zaplamil mundury nie tylko zupa ale i salatkami, stojacy pasazerowie zwalili sie na ziemie, wszystkie slabiej zasztauwane przedmioty dobytku ruchomego i mniej ruchomgo, dostaly napedu na skutek nieprzewidzianej masy przyplywu wektorow energii kinteycznej, druzgocacej i miazdzacej pod soba wszystko, co wpadnie w jej wir. 'Stefan Batory' 'polozyl' sie na burcie.
Nauczony opwiadaniami kolegow oczekiwalem na slynne, opisywane juz w ksiazkach marynistycznych trrrr...aaaaa..ch.... i koniec. Doszly mych uszu jakowes zgrzyty, byly to zapewne urzadzenia mechaniczne statku, lecz rozdarcie burty, na szczescie dla nas wszystkich.... nie nastapilo. Chwala Bogu. Gdyz inaczej, Drodzy Czytelnicy, nie byloby zadnej mozliwosci napisac tej opwiesci. Statek przychylil sie niebezpiecznie. Po dlugich minutach (chyba czterech) staral sie podniesc do pozycji 'normalnej,' w miare stabilnej, nie bedacej wynikiem naglego manewru nawigacyjnego. Wylecielismy jak z procy, cala nasza grupa intendentow, by ratowac nasz 'kochany dobytek zywy, pasazerow'. Po drodze spotkalismy kapitana i starszego oficera biegnacych od goracej strawy przy Okraglym Stole, po dwa stopnie w kierunku mostku kapitanskiego. Biegli tylko wlasciwie, po co? To co czym Stworca chcial nas doswiadczyc juz nastapilo. I odpowiednia akcja zostala zainicjowana przez III oficera nawigacyjnego, i dalej moglo sie toczyc zycie.
Przed biurem intendenta, pasazerowie (ci, ktorzy nie byli w danym momencie karmieni przez stewardow w Salonie Restauracyjnym), albo lezeli, albo probowali powstac na nogi. Ze sklepiku dewizowego wylecialy przedmioty, jak ze scen filmowych prawdziwego chyba w tym momencie Titanica'. Pluszowe zabawki, gumowe kangury rodem z dalekiej Australii, drogie perfumy Chanel No. 5, zlote zegarki, damskie fatalaszki lezaly zmierzwione na Hallu Glownym. Wszedzie rozbite szko i ludzkie zawodzenie przynajmniej, w szesciu jezykach. Zabralismy sie do roboty. Co bardziej niesprawni zostali przez nas doprowadzeni do lekarza, do ambulatorium okretowego; znowu zaczely szbko znikac zapasy gipsu statkowego dla 'zakitowania' na pare tygodni zlamanych konczyn gornych oraz dolnych. Najwazniejsze to, by nie dopuscic do wybuchu paniki. Pasazerowie, wiecej niz zaloga mieli pelne prawo domagac sie wyjasnienia 'zajscia', a takze zadac zadoscuczynienia. Sama akcja trwala moze ze dwie, trzy godziny. Po otwarciu biura okazalo sie, ze nasze tlumaczenie o prawie 'zderzeniu ' (near collision) z gora lodowa na kursie bylo TYLKO ZROZUMIALE dla Anglikow, zyjacych na morzu i z morza. Pozostale zas narodowosci podchodzily raczej sceptycznie do naszych wyjasnien. Nasi rodacy, przewaznie z polskich gor skladali modly Panience Jasnogorskiej, a 'chlopoki' dali sobie mocno w gaz w ubostwianej przez nas wszystkich 'Karczmie Polskiej'.
(...)
Statek nie doznal zadnych specjalnych uszkodzen technicznych, wiec rejs byl kontynuowyny poprzednim kursem (270 stopni) do portu docelowego w Montrealu. Stary 'Batory' bodajze w roku 1964 przezyl kolizje z 'mniejsza gorka' , a raczej sie o nia lekko otarl i musial byc dokowany w Halifaxie (Kanada) przez kilka dni celem dokonania niezbednych napraw. Na szczescie genialny manewr naszego, byc moze, niezbyt mocno trzezwego III oficera, absolwenta przyjecia w mojej skromnej 'kabinie pilotow DC-10' uratowal nam wszystkim zycie i zdrowie. Byc moze, gdyby.... ale ma morzu czy w powietrzu nigdy nie mowi sie: gdyby. Licho nie spi... Tfy, tfy...
Tego dnia wszyscy sie mocno napracowalismy. Coraz czesciej przychodzilo mi do glowy stare powiedznie lacinskie 'MEMENTO MORI', co w naszym zyciu morskim oznaczalo 'KOSTUCHA CZYHA' i moze cie zmiesc gdy tylko wystapia ku temu okolicznosci lub brak szybkiego refleksu nawigatora. Sprawa miala tez swoj epilog. Jak juz wspominalem w poprzednim rozdziale kazdy 'ukarany' czlonek zalogi od oficera po ostatniego pomocnika w pralni pasazerskiej byl publicznie demaskowany za popelnione przestepstwo, co wiecej odpowiedni wyciag z nagany w Dzienniku Okretowym byl wyeksponowany na widok publiczny w korytarzu oficerskim na pokladzie lodziowym, oraz na 'Swietojanskiej' - ulicy portowej - dla zalogi szeregowej.
Oczywiscie wiedzielismy, ze kapitan rozmawial z naszym solenizantem, co wiecej, do rozmow przywolano 'balwana nad balwany' tow. sekretarza Okretowej Organizacji Partyjnej. Dlugo rozmawiali. Po parudziesieciu minutach rozeszli sie. Ja mialem pelne rece roboty, wszyscy inni zabrali sie do czekajacych na nich zajec. Jedynie VI oficer nawigacyjny, w cywilne szatki przebrany chlopaczek jak wiesc gminna niesie stukal cos zaciekle jednym palcem na maszynie do pisania marki 'Optima', pochodzacej z bylego DeDeeRowa. Stukal na polecenie kapitana wiele godzin. Wynik pracy szostego oficera nawigacyjnego moglismy podzwiac na tablicy ogloszen dla oficerow i zalogi (klasy robotniczej) w dniu nastepnym o godzinie 9 rano. Oto cytuje bez isotnych przeinaczen i zadnych karygodnych dziennikarskich niedbalstw:
Ogloszenie numer 1.
Wyciag z Dziennika Okretowego, dzien, godzina, zliczona pozycja geograficzna.....
W dniu dzisiejszym, Kapitan, w obecnosci sekretarza Okretowej Organizacji Partyjnej PZPR wysluchal obwinionego III oficera nawigacyjnego, Andrzeja Sz. i ukaral nagana z wpsianiem do akt za pelnienie sluzby w stanie wskazujacym na spozycie napojow alkoholowych.....
Za zgodnosc, podpisy itd....
Ogloszenie numer 2.
Wyciag z Dziennika Okretowego, dzien, godzina, zliczona pozycja geograficzna....
W dniu dzisiejszym Kapitan, w obecnosci sekretarza Okretowej Organizacji Partyjnej PZPR -udzielil pochwaly III oficerowi nawigacyjnego za uratownaie statku tss 'Stefan Batory' wraz z ludzmi, zaloga i ladunkiem na pelnym morzu w zliczonej pozycji geograficznej....
Za zgodnosc, podpisy, itd....
Takiego bizantynizmu 'urzednictwa' w zyciu morskim - jeszcze nie widzialem. Sama metoda ukarania niewspolmiernie wysokiego za zarzucany czyn do niewspolmiernie niskiego nagradzania czlowieka, ktory nas wszystkich, lub przynajmniej ogromna czesc nas wszystkich uratowal choc, moze niezbyt trzezwy pelnil swa morska powinnosc na mostku kapitanskim bezblednie, wzorowo i z pelnym sukcesem wobec nadchodzacej 'MEMENTO MORI' Kostucha Czyha.. Zawsze alkoholizm na statku byl powaznaym problemem i jego szczeglowe roztrzasanie nie mialoby tutaj zadnego sensu. Jak zawsze w 'komunie' bywalo, nagana zostala potraktowana jak grzech smiertelny w Wielki Piatek, zas pochwala 'zatarla' sie gdzies w papierzyskach personalynch Andrzeja Sz. Po powrocie do Gdyni, mowil Andrzej coraz czesciej o sluzbie, gdzies, na frachtowcu, z dala od pasazerskiej 'kolubryny' zwanej 'Stefan Batory'.
(...)
I tak dobiegl konca rodzial zatytulowany 'Iceberg', czyli pozytywne skutki alkoholizmu. Kazdy nawigator swiata musi byc przygotowany na spotkanie gory lodowej na Polnocnym Atlantyku od kwietnia do lipca.... Nasz przyjaciel wykazal sie fenomenalnym wyczuciem i blyskawiczna reakcja. I za to jestem ja i wszyscy pracownicy zalogi jemu bardzo wdzieczni za ocalenie nam zycia i zdrowia choc byc moze, byl na malej bani. Sprawa nagany i nagrody zostala tu potraktowana odwrotnie proporcjonalnie do zaslug, ktore poniosl III oficer na sluzbie, a kara, ktora go tak nieslusznie potraktowano byla - w momencie jej nadania nieadekwatnie wysoka gdyz jej 'egzekutor' kapitan nigdy w historii nie mogby juz jej obwinionemu nalozyc z prostego powodu :